Idąc rakiem – recenzja spektaklu

"Idąc rakiem" reż. Krzysztof Babicki

„Idąc rakiem” reż. Krzysztof Babicki

Miałam pewne obawy, wybierając się na przedstawienie „Idąc rakiem” wystawiane przez gdyński Teatr Miejski pod pokładem „Daru Pomorza”.  Güntera Grassa znałam tylko z ekranizacji „Blaszanego bębenka” jako komentującego w sposób nieoczywisty historię przetaczającą się przez Gdańsk. Zastanawiałam się, jak taki język Paweł Huelle przeniósł na deski teatru. Aby lepiej poznać, co było źródłem, a co adaptacją, po przedstawieniu sięgnęłam również po pierwowzór. Po lekturze mogę stwierdzić, że mimo wprowadzonych zmian adaptacja jest dość wierna duchowi książki.

„Idąc rakiem” to historia tocząca się wokół katastrofy morskiej „Wilhelma Gustloffa” – niemieckiego statku, który 30 stycznia 1945 r. wyruszył z Gdyni do Kilonii z ok. 10 tysiącami uciekających Niemców, żołnierzy i cywilów, a w okolicach Ustki został storpedowany przez radziecki okręt podwodny i w ciągu godziny zatonął. Uratowało się według różnych szacunków od kilkuset do 1200 pasażerów tego rejsu, a zatonięcie statku z ponad 9 tysiącami ofiar (6-krotnie więcej, niż zginęło na Titanicu!) uznawane jest za największą katastrofę morską w dziejach ludzkości. Zadziwiające, że nawet tu, na Wybrzeżu, nie jest to fakt powszechnie znany. Nie chwalono się nim specjalnie w czasach powojennych, ani u nas, ani za naszą wschodnią granicą, ani za zachodnią. Niewiele się mówi też obecnie, a dyskusje na temat tego, czy okręt przewoził głównie niemieckich cywili, w tym parę tysięcy dzieci (i jego zatopienie byłoby moralnie dwuznaczne), czy mógł być traktowany jako wojenny transport żołnierzy (więc jego zatopienie było uzasadnione), toczą się do dziś.

Ascetyczna scenografia "Idąc rakiem" na "Darze Pomorza" fot. joan.pl

Ascetyczna scenografia „Idąc rakiem” na „Darze Pomorza”
fot. joan.pl

Wśród nielicznych ocalałych rozbitków była ciężarna Tulla Pokriefke, która pod wpływem wydarzeń tej samej nocy powiła syna. Poznajemy ich kilkadziesiąt lat po tej katastrofie, gdy syn-pisarz jest już w średnim wieku i zaczyna nam wraz z komentatorem opowiadać tę historię, „idąc rakiem”, czyli pozornie cofając się w przeszłość, a naprawdę idąc naprzód. Pada wiele nazwisk i symbolicznych dat, ale warto się skupić, by nie zgubić wątków i zachować obraz całości. Poznajemy i młodą Tullę, i losy samego Gustloffa, nazisty, którego imię nadano statkowi (zatonął dokładnie w dniu urodzin swego „ojca chrzestnego”), i Tullę jako staruszkę, żyjącą nadal wydarzeniami ze stycznia 1945 roku, z dramatycznymi wspomnieniami umierających kobiet i pływających główkami w dół dzieci; a także jej wnuka Konrada, który w przeciwieństwie do swego ojca, chcącego o wszystkim zapomnieć i żyć normalnie, z pasją poznaje niemiecką historię i ulega coraz większej fascynacji nazizmem.

Dorota Lulka jako Tulla - fot. Joanna Siercha

Dorota Lulka jako Tulla;
rewelacyjna fot. by Joanna Siercha

W inscenizacji doskonale wykorzystano wnętrza Daru Pomorza – aktorzy są na wyciągnięcie ręki, chodzą wokół widzów, trzaskają pokrywami od bulajów, w użyciu są schody, słupy, peryskop, stary telefon, a odgłosy wybuchów wstrząsają niewielkim wnętrzem, oddając poczucie zagrożenia w zamkniętej przestrzeni. Centralnym miejscem akcji jest stół z krzesłami, na których naprzeciwko siebie przez dłuższy czas siedzą komunikujący się przez internet Konrad, zwany przez rodziców Konny’m (Maciej Wizner), i Dawid (Szymon Sędrowski). Wokół nich przewijają się inne wątki i cała galeria postaci. Ta bliskość i ustawienie ma jednak pewną niedogodność – w zależności od tego, gdzie siedzimy, niektóre sceny i dialogi możemy odbierać inaczej, niż na zwykłej scenie teatralnej, bo po prostu nie będziemy akurat widzieć wyrazu wszystkich twarzy. Momentami mi tego brakowało, choć przyznać trzeba, że aktorzy dbają o zróżnicowane wypełnienie sceny, aby nikt z widzów nie był nadmiernie poszkodowany.

Zafascynowana patrzyłam na przykład na młodego Maćka Wiznera, który przez długie minuty wpatrywał się w swego interlokutora Szymona (jego twarzy niestety nie widziałam, bo siedział do mnie tyłem, ale jak zobaczycie, to na pewno wyda Wam się znajoma..;). Zapewne nie było to łatwe zadanie aktorskie, ale miał w oczach takie prowokacyjne diabliki i tak wiele się na jego z pozoru nieruchomej twarzy działo, że skutecznie przykuwał uwagę. Chłopak grał całym sobą i nawet w krótkiej chwili spotkania z babcią Tullą wyraził całą moc uczucia, jaką Konrad miał do niej. Miło widzieć tak zdolnych, młodych aktorów na  gdyńskiej scenie.

"Dar Pomorza" przy Skwerze Kościuszki w Gdyni, w tle Sea Towers; fot. joan.pl

„Dar Pomorza” przy Skwerze Kościuszki w Gdyni,
w tle Sea Towers; fot. joan.pl

Wyrazistą kreację stworzył też Rafał Kowal jako Aleksander Marinesco – rozgoryczony, głośny i zamaszysty radziecki dowódca łodzi podwodnej, który zatopił „Gustloffa”. Postać w pewien sposób tragiczna, niedoceniana i przemilczana przez lata, ale doczekująca swej rehabilitacji i nawet pomnika… historia bywa przewrotna. Elżbieta Mrozińska jako matka Dawida, mimo że w epizodzie i również widziana głównie z tyłu, samą postawą, kilkoma słowami oddała tak wielki żal i rozpacz… Agata Moszumańska jako młoda, szalona i nieco głupiutka Tulla zaznacza elementy, które odnajdujemy potem w Tulli-staruszce, a tę genialnie kreuje Dorota Lulka. Można jej nie poznać w świetnej charakteryzacji, dodającej kilkudziesięciu lat. Porusza i przeraża jednocześnie z tym gdańsko-niemieckim akcentem, z tym zapatrzeniem w ukochanego „Konhradżika”, z tymi pozorami dystyngowanej miłej starszej pani, pod powłoczką której skrywa się ból, nienawiść i pragnienie zemsty. Nagroda marszałka województwa pomorskiego oraz „Sztorm roku” czytelników Gazety Wyborczej za tę rolę są w pełni zasłużone.

Spektakl był transmitowany w TVP Kultura, ale jeśli ktoś – jak ja – ominął transmisję, a będzie latem w Gdyni, warto wieczorem wybrać się na „Dar Pomorza”, by osobiście wejść w tę uniwersalną opowieść o winie, pomijaniu niewygodnych faktów z historii, jej przewrotności i symbolice, rozliczaniu przeszłości i ciągle powracającemu złu, które rodzi się z poczucia krzywdy.

Zdjęcia ze spektaklu „Idąc rakiem” można zobaczyć na stronie Teatru Miejskiego.

PS w odróżnieniu od plakatu Sammy’ego, ten z „Idąc rakiem” jest świetny, doskonale pasuje do przedstawienia.

 „Idąc rakiem”, Teatr Miejski w Gdyni, „Dar Pomorza”
reż. Krzysztof Babicki, adaptacja noweli Güntera Grassa – Paweł Huelle

Występują:
Rafał Kowal (Aleksander Marinesco), Dariusz Szymaniak (Pisarz), Eugeniusz Krzysztof Kujawski (Komentator),   Beata Buczek–Żarnecka (Gabi – żona autora), Maciej Wizner (Konrad/Konny/Konradżik), Agata Moszumańska (Tulla przed 1945), Dorota Lulka (Tulla po 1945), Andrzej Redosz (Wilhelm Gustloff), Bogdan Smagacki (Sędzia), Elżbieta Mrozińska (Pani Stremplin), Mariusz Żarnecki (Pan Stremplin), Grzegorz Wolf (Dawid Frankfurter), Szymon Sędrowski (Dawid).

Ocena Joan: 8/10

Ocena Joan: 8/10

 

Ten wpis został opublikowany w kategorii Obejrzane 2013 i oznaczony tagami , , , , , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *